Biało-czerwoni mimo pięciobramkowej straty do MMTS-u w pierwszym meczu zdołali wygrać 31:23, więc przed rewanżem we własnej hali byli w komfortowej sytuacji. - Mamy dobrą pozycję wyjściową, ale to jeszcze nie koniec. W sporcie wszystko jest możliwe - mówił Kim Rasmussen. - Musimy podejść do rewanżu jakby było 0:0 - dodawał Duńczyk.
Poniedziałkowe starcie miało bardzo podobny przebieg do pierwszego w Kwidzynie. Energa Bank PBS MMTS Kwidzyn w pierwszej połowie miało przewagę. Kolejny raz najważniejszym graczem ofensywnym był Jovan Milicević. Ostrowska obrona nie pomagała swojemu bramkarzowi - Kacprowi Ligarzewskiemu, który szybko został zmieniony przez Mikołaja Krekorę. Bramki dla biało-czerwonych znów rzucał najmłodszy - Dawid Frankowski. Dobry finisz gospodarzy w pierwszej połowie sprawił, że do przerwy mieliśmy remis 16:16.
Zespół prowadzony przez Bartłomieja Jaszkę w drugiej połowie przez dłuższy okres czasu prowadził różnicą trzech trafień. Rebud KPR Ostrovia miała problemy z rzucaniem bramek, popełniając za dużo prostych błędów i gdyby nie postawa Kacpra Ligarzewskiego, który odbił trzy piłki z rzędu, mogłoby się zrobić nerwowo dla gospodarzy. Trener Rasmussen szukał różnych rozwiązań w ataku, dając sporo minut Patrykowi Marciniakowi czy Markowi Szperze.
Nie przyniosło to zamierzonego efektu. Cztery minuty przed końcem spotkania Energa Bank PBS MMTS prowadził już 32:26 i goście byli w grze o półfinał. Chwilę później Miriani Gavashelishvili wyrzucił piłkę w trybuny. W 3mk Arenie nastąpiła konsternacja. W ostatnich minutach sprawy w swoje ręce wziął jednak Kamil Adamski, który zmniejszył prowadzenie MMTS-u do pięciu trafień, po chwili kluczową piłkę w bramce odbił Krekora. Ostrów Wielkopolski odetchnął z ulgą. Kwidzynianie wygrali 33:27, ale nie odrobili strat z pierwszego spotkania. MVP meczu wybrano Kamila Adamskiego.


















